***
Obudziłam się, po raz pierwszy łapiąc nowojorskie promienie słońca. Na zegarku wybiła 11, w pośpiechu się ogarnęłam i zeszłam na dól, gdzie Scott jadł śniadanie. Powitał mnie ogromnym uśmiechem, którego nie można było nie odwzajemnić. Popijając sok pomarańczowy kończyliśmy przerwaną wczoraj rozmowę. Po naradzie wyszłam w krótkich spodenkach i zwiewnej koszuli. Do tego kolorowe rzymianki. Dotarliśmy na miejsce chyba spóźnieni, albo to wszyscy na nas czekali. Przedstawił mnie, i wszystkich po kolei. Philip, Max, Maddie i Xavier, który był strasznie przystojny. Latynoskie korzenia robią swoje. Chodziliśmy w kółko i kręcąc rozmowę. Złapaliśmy taksówkę, która wróciliśmy pod bramę, został tylko kilometr, może więcej.