Na Londyńskim zegarze dochodziła 23, ale nie było ciemno. Była pełnia, którą jak zawsze spędzałam w towarzystwie samotności. Przechodziłam właśnie St. James's Park dążąc w stronę domu. Znów usłyszałam to, co tak bardzo mnie bolało. Te głosy, o których zapomniałam przez wakacje. Czułam jak łzy napływały mi do oczu, ale nie mogłam pozwolić im wypłynąć. Zacisnęłam z całej siły powieki, po czym delikatnie je otworzyłam. Szli za mną, znów się śmiejąc, i obgadując tak głośno, że ludzie idący przede mną odwracali się. Było mi wstyd. Było mi tak cholernie wsyd, ale nie mogłam nic z tym zrobić. Jedynym wyjściem był dom dziecka. Bałam się tego miejsca, na samą myśl miałam na karku gęsią skórkę, a moje ciało przeszywał dreszcz. Ale nie ten dreszcz zimna, a bólu. Ten najgorszy z możliwych. Ten, który zawsze zwiastował nie ciekawą sytuację. Ten, którego zawsze unikałam. Usiadłam na pobliskiej ławce, nie spoglądając w żadną stronę. Zasnęłam. Nie po raz pierwszy zdarzyło mi się zasnąć w publicznym miejscu. Wiedziałam, że ojciec znów łazi gdzieś pijany, a matka.. Właśnie matka.. Ta rozruchana dupa. Pewnie pieprzy sie z kolejnym gdzieś w kącie jakiegoś publicznego kibla. Nienawidzę jej, za wszystko. Za to, że mnie urodziła przede wszystkim. Na myśl o niej trzęsa mi się ręcę, a gdy ją widzę. Wtedy mam ochotę rzucić się na nią, po prostu ją zabić. Każde dziecko, które urodzi zostawia, uciekając ze szpitala. W domu jest nas 5. Razem z pijanym zawsze ojcem, któremu czasem potrzebuję się wypłakać, a najzwyczajniej w świecie nie mogę, nie chce, nie lubię jego zapachu, jeśli można to tak nazwać. Obudziło mnie, świecenie po oczach latarką. Policja, pomyślałam i niepewnie podniosłam powieku do góry. Nie myliłam się.Bałam się. Wiedziałam, że zadzwonią do nich. Nawet nie wiem jak ich nazwać. Zabrali mnie stamtąd i położyli w areszcie. Nie byłam w stanie o niczym myśleć. Po chwili zasnęłam. Wiedziałam, że nic mi nie pomoże, a mam okazję się wyspać.

2 komentarze: